• „Nie ma drogi na skróty”

    „Nie ma drogi na skróty”

    Na diecie byłam od kiedy pamiętam. Zawsze szukałam szybszej, łatwiejszej drogi w osiągnięciu celów. W swoim życiu przeżyłam już spadki rzędu 30 kg w 2 miesiące
    – wspomagane odpowiednimi specyfikami przepisanymi przez lekarza (które zresztą są już wycofane z polskich aptek). Piękny spadek wagi. Potem pogorszenie zdrowia i… szybko powrót z nawiązką…

    Myślę że każda, a przynajmniej większość kobiet wie o czym mówię. Schemat zawsze jest podobny. Najpierw pojawia się nowa “dieta-cud”, wszystkie koleżanki zaczynają się odchudzać. Panuje hurraoptymizm, widzimy pierwsze efekty. Zadręczamy się nie jedząc nic, prawie nic lub ciągle to samo. Nasze życie kręci się wokół tego co jemy, a czego absolutnie nie powinnyśmy zjadać… Potem pamiętamy pierwszy kęs tego “zakazanego”… A skoro był pierwszy.. i nic się nie stało to pozwalamy sobie na więcej… waga idzie w górę a my znów znajdujemy kolejny “cudowny sposób”… i zaczynamy od początku… To taki krótkie nawiązanie do diety… bo przecież aktywność fizyczna jest równie ważna…. Dostrzegamy to szczególnie wtedy gdy podczas spaceru zadzwoni telefon i kolega pyta nas dlaczego tak sapiemy do słuchawki (naprawdę?) lub gdy zepsuje się winda i nagle 8 piętro staje się istnym Mount Everest. Lub też gdy nie nadążamy za dziećmi na rowerze…

    Kiedy i ja odkryłam, że trzeba by ruszyć tyłek, zaczęłam szukać odpowiedniej formy ruchu dla siebie. Oczywiście z racji kompleksów którymi dysponowałam w każdym centymetrze ciała, postanowiłam zacząć swoją przygodę z „trenerką wszystkich Polek”. No cóż… Włączałam płytę codziennie i… po 3 miesiącach byłam perfekcjonistką w trenowaniu… Właściwie to ja byłam jej trenerką… Ona skakała a ja po 3 minutach biłam jej brawo
    i wołałam “świetnie Ci idzie”

    Pora było przestać się oszukiwać. Zaczęłam szukać dalej. Siłownia nigdy mnie nie kręciła. Zresztą nie miałam o tym bladego pojęcia więc ta opcja na początku odpadała. Zaczęłam szukać odpowiedniego klubu Fitness i tak trafiłam do Manufaktury Fitnessu. Dla kobiety takiej jak ja- idealna. Przede wszystkim mogłam tam pojechać z dziećmi, dla których w czasie kiedy ja wypacałam się na zajęciach, była zapewniona opieka. Poza tym klub jest tylko dla kobiet co dawało mi poczucie komfortu… Po jakimś czasie uczestniczenia w zajęciach grupowych spróbowałam swoich sił na siłowni pod okiem trenera personalnego. Ciągle jednak ćwiczyłam 1 raz w tygodniu więc efektów wizualnych nie było. Stałam w miejscu…

    Kiedy w końcu dojrzałam do tego, że albo ruszę albo zacznę się cofać, Manufaktura ogłosiła akcję “metamorfozy”. Wzięłam w niej udział i w końcu wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Min 3 treningi w tygodniu, opieka dietetyczna i przede wszystkim wsparcie… Pod okiem trenerki nauczyłam się poprawnie wykonywać ćwiczenia i straciłam swoje pierwsze kilogramy. Asia- moja trenerka obudziła we mnie ducha rywalizacji i zaczęła przemycać do naszych treningów elementy Crossfitu. Pewnego dnia zaproponowała abyśmy umówiły się na trening w CrossFit Lubin – przy Wyszyńskiego.
    Od razu poczułam że to jest dokładnie moje miejsce… Ten rodzaj wysiłku… Idealny dla osoby z takim temperamentem… Tam nie ma podskakiwania w rytm muzyki, nie ma godzinnego biegania na bieżni… Jest czysty, intensywny wysiłek…

    Wiele znajomych dziewczyn widząc na portalach społecznościowych moją aktywność w Boxie (dla niewtajemniczonych- to nazwa siłowni crossfitowej) zagaduje mnie i pyta czy i one dadzą radę. Moja odpowiedź brzmi: Przyjdź, spróbuj. Dasz radę. Ale nie będzie łatwo. Nie nastawiaj się, że będzie to radosne podskakiwanie w rytm muzyki. Będzie to ciężka walka przede wszystkim ze sobą samym. Ale i świetna zabawa, wsparcie i doping innych osób. W CrossFit Lubin czuję się jak członek jednej wielkiej drużyny. Bez względu na płeć, rozmiar ubrania czy poziom wytrenowania. Każdy z nas pokonuje własne słabości, z każdym treningiem podnosząc sobie poprzeczkę i idąc o krok dalej.

    Przede mną jeszcze długa droga do osiągnięcia wymarzonej sylwetki. Tym razem droga nie “na skróty” tylko opłacona hektolitrami potu, przyjemnego uczucia zmęczenia i bólu mięśni. Ale i satysfakcji że znów dałam radę..

    Za mną moje pierwsze utracone 10 kg i tym razem wiem, że nie dam im tak łatwo wrócić do mnie. Wiem też, że może tym razem efekty są wolniejsze ale zostaną ze mną na zawsze.

    Basia